17 grudnia 2013

O wzruszeniu i wygranym życiu.

Poniedziałkowy wieczór.
Kamil wraca umęczony po pracy. Przecież to dopiero poniedziałek. Początek tygodnia. 
Tak, ale koniec roku, czyli wszystkie ostatnie dni roku są najbardziej męczące. Aha, ok. Taka filozofia.
Nie widząc różnicy w mijających i nadchodzących dniach szykuję obiad skomponowany na zasadzie resztki z lodówki do szybkiej obróbki, co by nie pogniło. Taka ze mnie bogini gospodarstwa domowego.
Podaję mojemu umęczonemu Mężowi ten obiad pod sam nos, włączam lampkę, co by w ciemnościach nie jadł ten mój biedny zbolały Mąż i siadam obok głaszcząc tą umęczoną głowę Męża mojego. Między kęsem sadzonego jajka a kęsem ziemniaka w łupinkach pojawiają się (miód na uszy) słowa:
- Jesteś moją ulubioną żoną.


Tyle wygrać.


1 komentarz: