25 grudnia 2013

Święta.

Kamila marzeniem w te wolne dni było ujrzeć pusty kosz na pranie.
Moim marzeniem miało być jedzenie, które nie tuczy. 
Wszystkie Nasze marzenia legły w gruzach, bo pranie dalej czeka, choć już sporo popraliśmy (skąd my tyle ciuchów mamy?!), a jedzenie w dalszym ciągu cholernie tuczy. 

Moje jedno ciche marzenie się spełniło o którym już zapomniałam, ale Kamil czuwa i wyczarował tablet graficzny! Juhu! 
Renifery świątecznie machają noskami! 




17 grudnia 2013

O wzruszeniu i wygranym życiu.

Poniedziałkowy wieczór.
Kamil wraca umęczony po pracy. Przecież to dopiero poniedziałek. Początek tygodnia. 
Tak, ale koniec roku, czyli wszystkie ostatnie dni roku są najbardziej męczące. Aha, ok. Taka filozofia.
Nie widząc różnicy w mijających i nadchodzących dniach szykuję obiad skomponowany na zasadzie resztki z lodówki do szybkiej obróbki, co by nie pogniło. Taka ze mnie bogini gospodarstwa domowego.
Podaję mojemu umęczonemu Mężowi ten obiad pod sam nos, włączam lampkę, co by w ciemnościach nie jadł ten mój biedny zbolały Mąż i siadam obok głaszcząc tą umęczoną głowę Męża mojego. Między kęsem sadzonego jajka a kęsem ziemniaka w łupinkach pojawiają się (miód na uszy) słowa:
- Jesteś moją ulubioną żoną.


Tyle wygrać.


15 grudnia 2013

Weekendowo w Sarbinowo.

Nie ma to tamto, co nie. Trzy lata wspólnego po-życia stuknęły. Było co świętować. Emocje w Sarbinowie jak na jagodach. Mroczna pogoda, więc za bardzo nosa z hotelu nie wystawialiśmy. No, chyba, żeby pędzić szybko na basen. W pokoju była kablówka i Wifi- Rifi. Byliśmy uratowani !